wtorek, 28 października 2014

Miech który mierzy, czyli słów kilka o Zeissie Ikon Ikonta M

Dawno, dawno temu kupiłem od pewnego Chińczyka aparat Seagull 203. Aparat był w założeniu całkiem fajny, niestety Chińczyk trzymał go w piwnicy razem z maniokiem, czy jak się ichniejsze kartofle nazywają. W efekcie aparat przeżarty był przez pleśń. Wykwitów nie było widać, ale niestety nie funkcjonował jak należy. Plamka dalmierza zniknęła, migawka pracowała jak chciała, a samowyzwalacz już dawno oddalił się do krainy wiecznych fotograficznych łowów. Postanowiłem aparat odratować, ale naprawa okazała się być nieopłacalną. W zaistniałej sytuacji postanowiłem nabyć nowy aparat składany na film typu 120. Przeglądałem niemrawo portale aukcyjne tu i tam, kiedy kol. Pet napisał mi, że jest na RPA taki oto aparacik i podał adekwatny link. Wszedłem na stronę, na której był wystawiony rzeczony aparacik i niewiele myśląc nabyłem go dzięki opcji Kup teraz!

Ów wspomniany aparacik to Zeiss Ikon Ikonta M, o którym zgodnie z tym co napisałem w tytule, słów kilka Wam opowiem.
Aparat oznaczony symbolem 524/16 (łamane na 16 określa format aparatu, tj. 6x6) podobnież produkowany był w latach 1951 - 1955, co wydaje mnie się okresem dość krótkim, ale niestety ani dokładnego potwierdzenia, ani zaprzeczenia, że było inaczej nie znalazłem. Więc przyjmuję, że tak było. Aparat we wcześniejszym okresie produkcji miał oznaczenie handlowe Zeiss Ikon Ikonta III, a znany jest też jako Ikonta 3, Ikonta Mess.





Aparat był sprzedawany razem z eleganckim skórzanym futerałem w kolorze brunatnym. Na klapie futerału znajdziemy znak firmowy Zeiss Ikon. Futerał mocowany jest do aparatu wkrętem z gwintem 1/4''. Gwint o tym samym wymiarze znajduje się od spodu śruby mocującej, dzięki czemu kiedy chcemy aparat przykręcić do statywu, nie musimy wyjmować go z futerału.




Klapa futerału zamykana jest na zatrzask. 




Pod klapą znajdziemy pełną nazwę producenta, tj. ZEISS IKON A.G. STUTGART-GERMANY, oraz numer katalogowy futerału, tj. 1231/16. Patka zamykająca klapę przykrywa okienko podglądu numeru klatki. W razie gdybyśmy zapomnieli zamknąć zasuwkę, patka będzie chronić w jakimś stopniu okienko, przed promieniami słonecznymi.




Przesuwając zasuwkę widzimy, że wypstrykaliśmy w oszałamiającym tempie trzecią klatkę z dwunastu. Aha, znajdziemy tu tylko jedno okienko, bowiem w przeciwieństwie do wspomnianego seagulla, ikonta M rejestruje obraz wyłącznie w postaci kwadratu. 6x6. Przypominam, gdyby kto zapomniał.




Wyjąwszy aparat z futerału oczom naszym, oprócz marki i modelu, ukazują się trzy okienka, dwa pokrętła, dwa przyciski i jedne sanki. Środkowe okienko to okienko celownika. Boczne okienka, to okienka dalmierza.




Wciskając przycisk znajdujący się na obudowie, po lewo od sanek, kiedy patrzymy tak, jak normalnie się na aparat patrzy, zwalniamy blokadę klapki skrywającej tajemnicę w postaci miecha, zakończonego obiektywem zamocowanym w migawce PRONTOR SVS. Obiektyw w tym przypadku to Novar-Anastigmat, o ogniskowej 75mm i otworze względnym f=3,5. Bywały jednakowoż przypadki, że aparat był wyposażony w ten sam obiektyw, ale zamontowany na migawce PRONTOR-SV (tylko Ikonta III), oraz w obiektyw Zeiss Opton 3,5/75 (Tessar) w migawce Compur Rapid. Uprzedzając, migawka ta posiadała najszybszy czas 1/500 sekundy, w przeciwieństwie do Prontora, który posiadał najszybszy czas 1/300 sekundy.




Począwszy obserwację tyłu aparatu widzimy to co wcześniej, plus dwa wizjery. Patrząc w okrągły wizjer, patrzymy na dalmierz, patrząc w kwadratowy, patrzymy na celownik. Dalmierz w tym aparacie nie jest sprzężony z obiektywem, dlatego ustawiwszy odległość przy użyciu pokrętła znajdującego się po prawej stronie obudowy, należy tę odległość przenieść na obiektyw. Nie jest to procedura najszybsza, ale do wakacyjnych pstryków w zupełności wystarczy. Pokrętło po lewej wykorzystujemy aby przetransportować film do następnej klatki. Muszę Wam zdradzić że taki rozmieszczenie pokręteł nieco mnie irytuje, bowiem w innym aparacie, który mam, i do którego się przyzwyczaiłem, jest odwrotnie, pokrętło dalmierza z lewej, pokrętło transportu po prawej. Czasem zdarza się, że kiedy fotografuję Ikontą, przenoszę nawyki z Bessy Meßsucher i zaczynam kręcić lewym pokrętłem, myśląc że to dalmierz, ale nie. To przewijanie i zanim się zorientuję, przewinę o jakiś centymetr. tragedii nie ma, ale niesmak pozostaje.




Tu zasuwka odsunięta. Widzimy klatkę trzecią. Coś jak piętro trzecie, o którym rapował Kazimierz w utworze na mojej ulicy

Nie wspomniałem jeszcze, że na pokrywie komory filmu ukryły się napisy informujące nas, że producentem jest ZEISS IKON ze STUTTGARTU, i że aparat jest MADE IN GERMANY. To podają w okolicach okienka podglądu, a oprócz tego, po lewej stronie jest podane oznaczenie modelu, tj. numer 524/16, po prawej przy zawiasie jest z kolei numer seryjny, którego Wam nie podam, bo nie.




Patrząc od góry na aparat, na obudowie ciała aparatu widzimy po lewo pokrętło przewijania filmu, jak to w aparatach na film zwojowy, ciągle do przodu, kierunek obrotu wskazuje strzałka, tylko nie wiem po co, bo kręcić w przeciwną stronę i tak się nie da. To chyba dla Amerykanów, innego wyjaśnienia nie widzę. Wewnątrz kołowa karciocha pamięciochy. Można sobie dla lepszej pamięci ustawić czułość filmu jaki mamy w aparacie, oraz jego rodzaj. Mamy trzy skale numeryczne w stopniach DIN. Dla negatywu kolorowego (COLOR w czarnym polu), dla diapozytywu kolorowego (COLOR na srebrnym polu) i dla negatywu czarno-białego (to chyba tam gdzie jest oznaczenie /10° DIN). Na środku, na obudowie zespołu celownika widzimy przycisk zwalniający pokrywę obiektywu i sanki akcesoriów, w domyśle lampy błyskowej. Aha, podczas otwierania aparatu należy przechylić go nieco do przodu, wówczas miech sam się rozłoży. Niepochylenie będzie skutkować nierozłożeniem. Po prawej stronie znajduje się pokrętło dalmierza z naniesioną skalą odległości, obok niego spust migawki z gwintem wężyka spustowego, oraz tajemnicze okienko. To tajemnicze okienko, mrugające do nas aktualnie czerwonym celuloidem informuje, że film jest przewinięty do następnej klatki, w związku z czym można naciągnąć, a w efekcie wyzwolić migawkę. Znaczy pokazuje, że spust migawki nie jest zablokowany. W momencie wykonania zdjęcia okienko zakrywane jest adekwatną blaszką, znaczy jest blokada. Wówczas mimo naciągnięcia migawki zdjęcia nie wykonamy, bowiem spustu nie wciśniemy. Ażeby odblokować, trzeba przewinąć. I tak dwanaście razy, aż po sam filmu kres.

Patrząc wyżej, czyli do przodu aparatu widzimy migawkę PRONTOR-SVS z zaznaczonymi przysłonami (3,5 - 4 - 5,6 - 8 - 11 - 16 - 22 - 32), czasami otwarcia migawki (B - 1 - 2 - 5 - 10 - 25 - 50 - 100 - 300), przełącznikiem z trzema kolorowymi kropkami, oznaczonymi V - X - M, oraz gniazdko PC, do którego podłącza się lampy błyskowe. Na samej górze, która właściwie jest początkiem aparatu, widzimy skalę odległości. Obiektyw, po odczytaniu odległości z pokrętła dalmierza, ustawiamy na znacznik znajdujący się po prawej stronie wartości odległości. Coś bez sensu mnie to wyszło, ale właśnie tak ustawiamy. W migawkach PRONTOR-SV i PRONTOR-SVSi czas otwarcia migawki można nastawiać zarówno przed jak i po naciągnięciu tejże. W przypadku migawki COPMUR RAPID nie należało przełączać na czas 1/500 sekundy po naciągnięciu tejże. Inne czasy można było zmieniać. Tylko tego jednego nie, gdyż jak się można domyślić prowadziło to do uszkodzenia mechanizmu migawki.

Aha, jak widać przy przysłonie f/11 (nie jest to dokładnie ta przysłona) i przy odległości 15m (nie jest to dokładnie ta odległość) znajdują się czerwone kropki. W ten sposób producent oznaczył odległość hiperfokalną, co znaczy, że po ustawieniu znaczników przysłon i odległości na czerwone kropki otrzymamy ostre zdjęcie w zakresie od ca. czterech metrów (trzynaście stóp) do nieskończoności.




Od spodu dno. Widzimy wspomniany przy innej okazji gwint 1/4'', który służy do mocowania futerału do aparatu, a tego samego do statywu. Po bokach guziki, które odciągnąć należy podczas zakładania, tudzież zdejmowania szpul z filmem lub bez.




Patrząc lewym zezem widzimy lekko wystającą blaszkę, która stanowi zamek komory filmu. Na obudowie migawki widzimy z kolei wspomniany trójkolorowy przełącznik. Pozycję V ustawiamy kiedy chcemy użyć samowyzwalacza. Naciągamy wówczas migawkę jak zwykle, wciskamy spust jak zwykle, a le migawka nie zostanie wyzwolona jak zwykle, tylko z około dziesięciosekundowym opóźnieniem. Jak ktoś szparki, to ze sto metrów zdoła się oddalić od aparatu. A nie? Nastawę M wybieramy z kolei, kiedy chcemy użyć lampy spaleniowej, a X kiedy chcemy użyć lampy elektronicznej. W normalnym użytkowaniu aparatu zalecano ustawić wybierak na pozycji X. Z tej pozycji widzimy na obudowie migawki skalę głębi ostrości. Umiejscowienie jak by nie patrzeć wielce niefunkcjonalne, ale widać nie mieli pomysłu na inne jej umiejscowienie. A niesłusznie, bo taka skala w Bessie znajduje się na pokrętle dalmierza i tam się sprawdza.




Tu nic nowego. Co najwyżej nie wspomniany wcześniej przeze mnie naciąg migawki, który znajdziemy nad trójkątem oznaczającym ustawioną na obiektywie odległość. W cieniu skryło się jeszcze jedno logo ZEISS IKON. Umieszczone jest ono na metalowym wysięgniku, mechanizmu składania i rozkładania pokrywy aparatu. Podobny jest z drugiej strony i jest podobnie niewidoczny na zdjęciu. Ale czemu o tym wspominam? Otóż w ten sposób projektant oznaczył miejsce, w którym należy przyłożyć wektor siły, aby schować obiektyw i cały aparat skrzętnie zamknąć. Aparat dodatkowej blokady wyciągu miecha (tak jak np. Bessa) nie posiada.




Taki oksymoron, dalmierz z bliska. Swoją drogą strasznie metalowe słowa, dzyń, dzyń. Blokada zdjęta, naciągać i wykonywać.




Tak wygląda komora filmu w stanie pobudzenia miecha. Miech pobudzony do działania, my też zakładamy szpulę z filmem z prawej strony, z lewej zakładamy szpulę odbiorczą i nawijamy. Zamykamy, pstrykamy, przewijamy, otwieramy, zmieniamy. I tak odwieczny cykl natury. Wąż pożerający własny ogon. Armageddon. Nie, apokaliptyka!




Dwa pokolenia patrzą na Was z tego zdjęcia. Po prawej przedwojenna Bessa Meßsucher (1938 r.), po lewej powojenna Ikonta M (1955 r.). Jak by nie patrzeć, widać różnicę kadru.Bessa to format 6x9, Ikonta 6x6. Bessa z wkładką robiła też format 4,5x6, ale po więcej szczegółów odsyłam do adekwatnej recenzji, jeśli takowej jeszcze nie czytaliście.




I to by było wszystko co Wam chciałem napisać o tym aparacie. Podsumowania nie będzie. Dam za to na pocieszenie kilka kadrów aparatem tym wykonanych:

ORWO NP20 w Ultrafinie Plus




 














Kodak Ektar 100 w Tetenalu Colortec C-41 (VueScan, negfix8, gimp 2,8):



Tally ho!

1 komentarz: