czwartek, 22 marca 2012

Ściemnia

Własna ściemnia to jest to. To nie żarty. Oczywiście nie jest to dla Was żadnym nihil novi, jak mawiali starożytni Rzymianie. Dla mnie też nie. Natomiast zupełnym novum jest dla mnie ściemnia stacjonarna, dostępna z korytarza. Ot, kończę zmywać naczynia, i zamiast wejść do kajuty, którą ma po lewej ręce, idę prosto do ściemni. A tam inny świat. Od progu oczekuje na powiększalnik, dalej "mokry stół", koreks, chemia... jednym słowem żyć nie umierać. A gdyby tego było mało, na półce pod sufitem mam wiertarkę, udarową, zawsze można powiercić. Tak czy siak wdzięczny jestem projektantowi, że przewidział dwie łazienki, z których jedną mogłem przeznaczyć na ściemnię. Wdzięczny też jestem mej kochanej Małżonce, że na ową adaptację pozwoliła. Kończę zatem staropolskim "adoptuj, adaptuj i ulepszaj" i udaję się trochę pościemniać.


Tally Ho!


Olympus OM-2n, Zuiko Auto-W 2,8/28mm

ilford hp5+ 400@400
tetnal ultrafin plus 1:6
20°C 16'45'' (n+4, x1,4)
0-1"+1x/30''

wtorek, 14 lutego 2012

OMMMMMMMMMM

Dziś walentynki. Święto patrona chorych psychicznie i innych epileptyków. Myślę, że dziś idealnie będzie pasować recenzja aparatu, podczas zakupu którego musiałem być niespełna rozumu, lecz potem się w nim zakochałem, jeśli można tak to ująć. Zatem "kapela tuż!"

Olympus OM-2n
Szanowni Państwo! Dziś przedstawię Państwu legendę przez duże N, obiekt kultu otoczony takim kultem, że niejednokrotnie notowano cudowne uzdrowienia i wielokrotne objawienia w miejscowościach takich jak: Bączal Górny, Bącza Kunina i Kobyle (caco). Normalnie z wypiekami na twarzy spytalibyście się, co nam tu kolega chce opowiedzieć, ale się nie spytacie, bo przecież tytuł jest widoczny, niczym złocista strużka moczu nietoperza w ciemności. Oczywiście i nietoperz i jego strużka są w ciemności, ale ja ich z tej ciemności wydobędę na światło słońca, niczem mityczny speleolog Tezeusz wydobył Ariadnę z labiryntu po nitce do kłębka.


Trutu trutu, garść suchych informacji
Olympus OM-2n objawił się pospólstwu i gawiedzi w roku 1979 jako rozwinięcie, a właściwie udoskonalenie niejakie modelu OM-2. Aparaty różniły się zasadniczo i kosmetycznie. Zasadniczo to sposobem współpracy z lampami błyskowymi, a kosmetycznie to tylko kosmetycznie. Modele OM-2 i OM-2n posiadały migawkę płócienną o przebiegu poziomym, sterowaną elektronicznie. Do tego posiadały one tryb automatyczny, a właściwie to reżim preselekcji przysłony. Co to znaczy, wie każdy kto miał w ręku aparat inny niż Zenit lub Canomatic, a jak nie wie, niech skorzysta z Wikipedii. Na pewno jest coś o tym, sprawdzałem dziś rano więc wiem lepiej. Więcej sucharów stricte technicznych nie chce mnie się pisać, można je bowiem znaleźć w każdym zakątku sieci, nawet na forach dla kucharek kolonijnych, słowo! jak pragnę podskoczyć. To może tyle, bo nieskoordynowany dziś jestem, ale to wina JanUSA, bo coś wspomniał o ADHD, którego nie mam, bo przecież nie istnieje.
Aha, o Olympusach jeśli się pisze, to tylko dobrze. Dlatego właśnie postanowiłem kupić jednego, żeby się na własnej skórze przekonać, żeby wetknąć swój brudny paluch w migawkę, niczym biblijny Tomasz. Czy się przekonałem, dowiedzą się Państwo w późniejszym terminie.

Rzuty na matę, czyli jak w weekend się nauczyć karate
Tradycyjnie recenzja będzie się składać ze zdjęć na niebieskim tle i jakiegoś tekstu do tego. Jeszcze nie znudzeni? No to pajechali, jak mawiali starożytni Rosjanie.
Fig. 1
Rzut klasyczny na lewy przedni bok. Dzięki temu łamiemy przeciwnikowi żebra, które przy odrobinie szczęścia mogą doprowadzić do przebicia osierdzia. Przebicie zależne od przyłożonego napięcia, należy jednak pamiętać, że powinno być nie mniejsze niż 350V.

W rzucie tym, rzuca się w oko, lub nawet w oczu oboje, gniazdo PC synchronizacji lampy z pierścieniem umożliwiającym wybranie jednej z dwóch nastaw: FP - synchronizacja z szybkimi czasami migawki (1/60 - 1/1000), X (niewidoczny lecz wybrany) z czasami pozostałymi. Natomiast na dole, na wysokości plakietki MD, widać napis B LOCK, a poniżej niego przycisk blokady, którego wciśnięcie odblokowuje blokadę pierścienia czasów, przez co możliwym jest ustawienie i wybranie trybu B. Na obiektywie, na godzinie powiedzmy 1:27AM widzimy przycisk, umożliwiający swobodne odłączenie obiektywu od ciała aparatu. Aha, MD to skrót od Motor Drive, czyli że można jeździć motorkiem i jednocześnie fotografować. Taka opcja dla cyrkowców sowieckich, prawda. Albo indyjskich, tych od beczki strachu.

Fig. 2
Rzut przedni na prawo, stosowany często przez samurajów, ugodzonych dzidą podczas szarży kawaleryjskiej.
 
W tym momencie do naszej jaźni dociera imaginacja napisu OM-2n, obok którego, inaczej niż w innych aparatach, znajduje się pokrętło blokady zwijania powrotnego filmu, oznaczone jako R plus czerwona strzałka do góry. Pokrętło owo, umożliwiało wykonanie wielokrotnego naświetlenia jednej klatki. Aby dokonać tej sztuczki, należało przekręcić ową knopkę w zalecanym kierunku, a następnie trzymając ją, należało naciągnąć migawkę dźwignią po temu przeznaczoną, w wyniku takiej ekwilibrystyki, naciągana była migawka, natomiast film trwał niewzruszenie na straży pokoju. Chyba że się przebywało w plenerze, wtedy stał niewzruszony jak skała, na przykład maczuga Heraklesa w Ojcowie. Poniżej, pokrętła, nie maczugi, znajduje się dźwignia samowyzwalacza. Dźwignię można było naciągnąć do pełna, czyli do dołu, lub na pół gwizdka, lub nawet na wartość pośrednią. Dzięki takiej różnorodności, uzyskujemy na oko czasy opóźnienia od ca. 4 sekund (90°), przez ca. 8 sekund (120°) do ca. 12 sekund (180°). Przycisk, a konkretnie dźwigienka, zwalniania samowyzwalacza, odtajnia się po przekręceniu dźwigni głównej samowyzwalacza. Co ciekawe, możemy samowyzwalacz w każdej chwili wyłączyć, a potem włączyć i tak w kółko do woli.  Wspomnieć też należy o przycisku podglądu głębi ostrości, który znajduje się na obiektywie w porze dziennika telewizyjnego, tj. 7:30PM.


Fig. 3
Leżenie na plecach. Każdemu się przecież należy chwila odpoczynku, podczas intensywnego treningu.

Tak trochę dla rozładowania emocji i uspokojenia tętna przyjrzymy się obecnie spodowi aparatu, żeby nie powiedzieć dnu. Zatem mamy tu od lewej: pokrywkę sprzęgła, pokrywkę baterii (2x LR44, lub 2x SR44, lub CR1/3N aka. 2L76 aka 2LR44), jasny gwint statywu i dwa styki, mające na celu komunikację z przewijaczem, z angielska zwanym winderem lub motor drive'm zwanym. Od innych aparatów z tamtego okresu, spód różni się brakiem przycisku zwalniania blokady zwijania powrotnego, ale o tym była już mowa.

Fig. 4
Rzut z góry. Do jego wykonania potrzebna będzie bombarda lub rusztowanie i wielki stos poduszek. Rzut ów zapewnia największe zniszczenie i pożogę, o czym przekonali się niejednokrotnie obrońcy oblężonych miast, od Troi począwszy, a na Leningradzie skończywszy
Ilość pokręteł, dźwigni i pierścieni jest tak przeogromna, że nie wiem od czego zacząć. Więc zacznę może od tego, że na początku było Słowo, WRÓĆ! Od lewej zacznę, aby tradycji stało się zadość, a głupiemu radość. No więc mamy korbkę zwijania powrotnego filmu, aktualnie sprytnie złożoną, aby w oko się nie dziubnąć, następnie pod napisem OM-2n mamy dźwignię z trzema nastawami OFF - wyłączony, MANUAL - tryb ręczny, AUTO - tryb automatyczny, a właściwie preselekcji przysłony. Jest też czwarta droga, która jest tylko wychylna, a opisana jest jako CHECK - RESET. Służy ona do skontrolowania stanu naładowania baterii, oraz do opuszczenia lustra, które ma taki nawyk, że jeśli baterie są słabe, podnosi się i nie opada, do czasu aż właściciel tego cudaczka nie wymieni baterii na nowe i nie popchnie tej dźwigni na manowce, wtedy lustro opada, z Niebios wysuwają się trąby, a zastępy aniołów śpiewają hosanna. Serio! Sam osobiście słyszałem. Już do tematu wracam. Dalej mamy obudowę pryzmatu, a na tejże obudowie mamy gwint i gniazda stopki lampy błyskowej typu SHOE 4. Stopkę, kiedy nieużywana, można odkręcić, nie wiem po co, ale wiem że można. Przebrnąwszy przez osłonę pryzmatu, napociwszy się tą wyprawą niczym słonie bojowe Hannibala w Alpach, ześlizgujemy się ku słonecznej dolinie, w której na nas oczekuje, niczem samotna strażnica na rubieży, pokrętło służące do nastawiania czułości filmu, oraz korekcji naświetlania. Czułości ukryte pod kapslem, rozciągają się od 12 do 1600 ASA. Naświetlanie możemy natomiast korygować w zakresie od -2EV do +2EV, przeskakując zwinnie o 1/3EV każdorazowo. Minąwszy bezpiecznie i bez uszczerbku ową nastawnię, docieramy do spustu migawki z gwintem tradycyjnym, pasującym do tradycyjnego wężyka, a i jego minąwszy docieramy do dźwigni naciągu filmu i migawki zarazem, chyba że nie i do licznika klatek. Dalej już tylko przepaść, analogiczna do gibraltarskiej skały, gdyby nie jeden fakt, że to nie w tę stronę. Pozostaje nam jeszcze omówić jeden element, a mianowicie pierścień nastaw czasów migawki. Znajduje się on nie tam gdzie zwykle, lub nawet niezwykle, ale w miejscu zupełnie nieoczekiwanym, bo wokół bagnetu mocowania obiektywu. Czasy jakie możemy z jego pomocą wybrać mieszczą się w zakresie od 1 sekundy do 1/1000 sekundy, plus wspomniany uprzednio reżym B. Podczas pracy w trybie preselekcji przysłony, opierścień może być ustawiony na dowolny czas, z wyłączeniem trybu B, bowiem ma on naonczas pierwszeństwo.

Fig. 5
Rzut na plecy. Przed prawidłowo wykonanym rzutem na plecy, nie obronią nawet pasy gorczyczne, zawczasu - a przezornie o poranku założone. Ten rzut, to swoisty szachmat każdej podwórkowej bójki na sztachety i deski z gwoździem.

Gwałtowny upadek na kość ogonową, co bezbłędnie wiąże się z podrażnieniem nerwu błędnego, a co za tym idzie wstrzymaniem akcji serca i oddechu, powoduje, że trochę spokojniej przyjrzymy się plecom aparatu. Mamy tu lampkę okoloną czarnym tworzywem, która to lampka po przesunięciu dźwigni opisanej wyżej w pozycję CHECK - RESET, powinna świecić światłem czerwonym ciągłym (stój! jazda manewrowa zabroniona). Kiedy zaczyna świecić światłem czerwonym przerywanym (stój! absolutny zakaz wjazdu do tunelu), wiedz że coś się dzieje i że masz przygotować nowe baterie, najlepiej dwie SR44. Mamy tutaj też przypomnienie nad wizjerem, którą stopkę można wkręcić, a na drzwiczkach komory filmu, znajduje się kieszonka na karciochę pamięciochy (w tym przypadku rossmann 200 - made in Japan). Między przypominaczem błyskowym, a filmowym znajduje się wizjer, o którym to słów pozwolę sobie klepnąć kilka. Otóż wizjer to jeden z największych atutów tego aparatu (i całej jednoliterowej serii OM). Pokrywa on bowiem 97% kadru przy powiększeniu 0,92x (obiektyw 50mm ustawiony na nieskończoność), jeszcze żeby był tak jasny jak w AE-1 PROGRAM, to fotografować nie umierać. W wizjerze oprócz obrazu, znajduje się wskazówka światłomierza oraz skale, które mają tendencję do znikania, kiedy aparat wyłączy się. Przy ustawieniu dźwigni reżymowej na tryb MANUAL, a lewej strony pojawia się wypustka na której jest "+ i -", jak w tej piosence Kalibra 44.  Celem gracza, jest takie majdrowanie pierścieniami przysłon i czasów, aby wskazówka potulnie wpełzła między te dwie skrajności. Kiedy natomiast ustawić dźwignię na reżym AUTO, oczom nałogowca ukazuje się drabinka (z przeźroczystym napisem AUTO na niebieskim tle), identyczna jak Jakubowi we śnie, tyle że zamiast aniołów są tam wskazywane czasy, jakie aparat dobrał do zadanej przez nas przysłony.  Czasy długie, niepolecane z ręki, zaznaczono na niebiesko. Przy zbyt obfitym naświetlaniu, wskazówka wznosi się nad drabinkę i ląduje z strefie spadkowej, oznaczonej czerwonym polem. W wizjerze pojawia się też taka jakby nibynóżka, która zamiast głowy (bo na taką nóżką jest na niby) ma bąbla z symbolami "+ i -", a celem jej jest natrętne przypominanie o wprowadzonej korekcie ekspozycji. Legenda miejska głosi, że jest też dioda informująca o kolaboracji z lampa błyskową, ale jako że nie mam lampy z dedykacją, więc udam, że nic na ten temat nie wiem. Ale to się zmieni, bowiem dziś właśnie dotarła od mnie lampka T-20, którą nabyłem od forumowego kolegi.

Fig. 5a
Niespodziewany upadek na trawę niejednokrotnie kończy się rozpięciem tornistra, z którego wysypują się kredki i cyrkle oprawców. Będąc w tak zwanym parterze, można się pokusić o przechwycenie wrażego cyrkla i wrażenie go w udo wroga, najlepiej w tętnicę tamże.

 
Na omawianym fotogramie naszym oczom ukazują się trzewia, skrzętnie kryte pod chitynowym pancerzykiem aparatu. Od prawej, albo nie, od lewej mamy: komorę na kasetę z filmem, migawkę płócienną (dziadostwo! - to się do prasy nadaje) gumowaną, poniżej i powyżej której znajdują się prowadnice filmu, minąwszy zębatkę licząco-napinającą ujrzymy tuż pod nią mosiężny kontakt zapisodanopleców (1,2,3) 4 (Recordata Back (1,2,3) 4), która zapisuje wszelakie informacje na filmie i nie tylko. W prostej linii powietrznej nad stykiem, jest dzyndzel kasownika licznika. Na samym końcu widzimy szpulę odbiorczą, na którą film nawijanym jest.

Fig. 6
Rzut z jednoczesnym zagłębieniem się w trzewiach delikwenta.
Na tym zdjęciu widać lustro, a przed nim, na spodzie komory lustra, widać dwa gruzły, w których ukryte są dwa czujniki krzemowe, mierzące światło odbite od powierzchni filmu lub specjalnej powierzchni migawki w trybie samoczynnym. Pacz Pan jaki chytrus!
 
Podsumowanie, czyli jak się wzbogaciłem o 50 øre norweskich

Siedzę już pięć godzin i gapię się w okno, próbując znaleźć jakieś wady olympusa OM-2n i nie mogę. Znaczy mogę, bo bateria na przykład, i wskazówka zamiast diod, i coś tam jeszcze, na przykład uchwyt by się przydał, ale to takie wady, które nie dyskwalifikują aparatu w oczach użyszkodnika, ani nie przechylają szali zwycięstwa na stronę innego aparatu. Gdybym miał więc, stawić w szranki i konkury opisany wczoraj AE-1 PROGRAM z bohaterem dzisiejszej epopei, zasądził bym remis, z lekką przewagą OM-2n. Ale doprawdy niewielką. Taką tyci - tyci.

Na koniec kilka zdjęć oponentów startujących w niedzielnych wyborach parlamentarnych:


OM-2n vs AE-1 PROGRAM

OM-2n vs AE-1 PROGRAM

OM-2n vs AE-1 PROGRAM

OM-2n vs AE-1 PROGRAM

Tańcowały dwa Michały, jeden duży - drugi mały.

Zuiko AUTO-W 2,8/28 vs. Canon nFD 2,8/28

Zuiko AUTO-S 1,8/50 vs. Canon FD 1,8/50

Zuiko AUTO-T 3,5/135 vs. Canon FD 2,5/135

Zuiko AUTO-M 3,5/50 vs Canon 3,5/50 MACRO nFD
Zuiko AUTO-M 3,5/50 vs Canon 3,5/50 MACRO nFD

I na koniec czarny Olek:

rossmann 200, negfix8

 
Na tym kończę i dziękuję za uwagę.

Dobranoc!

wtorek, 31 stycznia 2012

Było akrdeonistów wielu...

Było akrdeonistów wielu...


Voigtländer Bessa Meßsucher

Voigtländer Entfernungsmesser Bessa


Przedmiotem dzisiejszej recenzji jest miechowy, składany aparat średnioformatowy marki Voigtländer Bessa znany też (nieoficjalnie) jako Meßsucher, e-messer, rangefinder lub też super-bessa. Jest to bodajże pierwszy aparat Voigtländer'a wyposażony w dalmierz (stąd te nazwy dodatkowe). Model ten wszedł do produkcji w roku 1936 i był produkowany do 1949 r. kiedy to pojawiła się w ofercie firmy Bessa II. Aparat (według takich czy owakich) należy do tak zwanych rarytasów, co oznacza że na serwisach aukcyjnych pojawia się dość rzadko i choć nie osiąga cen astronomicznych, to jednak za egzemplarze w dobrym stanie potrafią handlarze nieco krzyknąć.

Skład surowcowy


Jak wcześniej wspomniałem, aparat zalicza się do bardzo popularnej przed wojną grupy aparatów mieszkowych, składanych z angielska zwanych "folding cameras" lub w skrócie "folderami". Złożony aparat ma wielkość (w zależności co kogo kręci) dużej piersiówki tudzież cygarnicy na habańskie skręty.

Fig. 1
Górna część aparatu w stanie złożonym
Fig. 2
Górna część aparatu w stanie rozłożonym

W stanie złożonym podczas oględzin aparatu widzimy na górze po lewej pokrętło nastawiania ostrości wraz ze skalą głębi ostrości, natomiast po prawej widzimy mały cyngwajs, po przekręceniu którego, przy użyciu opuszka kciuka, w wizjerze pojawia się ramka służąca do kadrowania w formacie 4,5x6cm, albowiem o czym do tej pory nie wspomniałem, bessa e-messer jest aparatem dwu formatowym 4,5x6cm i 6x9cm.

Fig. 3
Dolna część aparatu w stanie rozłożonym

Patrząc na spodnią część aparatu widzimy z jednej strony gwint statywowy 3/8" tj. starego typu, natomiast z drugiej strony widzimy składany motylek, służący do przewijania filmu. Obok motylka umiejscowił się mały chromowany guzik, który służy do rozkładania aparatu do pozycji roboczej.

Fig. 4
Tylna ścianka aparatu
Fig. 4a
To samo, tylko w pionie
Na tylnej ściance aparatu widzimy dwa okienka zabezpieczone czerwonym celuloidem wraz z pokrętłem żaluzji, która zabezpiecza wnętrze aparatu przed permanentnymi promieniami słonecznymi. Okienko usytuowane z lewej strony, służy do odliczania klatek zarówno formatu 6x4,5cm, jak i 6x9cm, okienko prawe, tak naprawdę zlokalizowane na środku,  wykorzystuje się do odliczania klatek 4,5x6cm. W praktyce wykorzystuje się te okienka następująco (jeśli mamy maskę 4,5x6cm i ją wykorzystujemy): nastawiamy na lewe okienko nr. 1, po wykonaniu zdjęcia przewijamy film do momentu aż ten sam numer, tj. 1 w tym przypadku, pojawi się w prawym okienku, robimy zdjęcie, przewijamy do dwójki w lewym, itd. Natomiast podczas fotografowania w formacie 6x9cm, prawe okienko pomijamy w rozważaniach i liczymy tylko w lewym okienku. Nad pokrywą komory filmu znajdują się dwa okienka, po lewej na środku znajduje się okienko dalmierza, natomiast po prawej okienko celownika.

Fig. 5
Wnętrze aparatu po dogłębnym otwarciu

Fig. 5
To samo, tylko bliżej
Po otwarciu pokrywy filmu (zwolnienie blokady znajduje się po prawej stronie pod paskiem) widzimy po lewej miejsce na szpule nadawczą, po prawej miejsce na szpulę odbiorczą. W pokrywie komory, pod płytką dociskową, ukryta jest ruchoma żaluzja, która zostaje unieruchomiona przez wkładkę do formatu 4,5x6cm, dzięki czemu oba okienka kontrolne są stale widoczne.

Obracając aparat frontem do siebie, w stanie złożonym zauważymy na pokrywie miecha: gwint statywowy 3/8" oraz rozkładaną podpórkę, dzięki której można postawić w pionie rozłożony aparat. Nad pokrywą widzimy trzy okienka, skrajne lewe okienko wizjera, dwa środkowe to okienka dalmierza.

Fig. 6
Przednia ścianka aparatu złożonego
Fig. 7
Aparat rozłożony widziany od przodu.
Po rozłożeniu aparatu, przy pomocy małego guzika na spodzie, oczom naszym ukazuje się miech zwieńczony migawką z obiektywem. Jednocześnie z otwierającej się klapy wysuwa się spust migawki, który można wcisnąć palcem wskazującym lewej ręki, nie odrywając tejże od aparatu. Migawka wbudowana w ten aparat to Compur-RAPID, która realizuje czasy T, B (bez naciągania) oraz 1s - 1/400s. Migawka posiada naciąg niezależny od naciągu filmu, co sprawia, że trzeba mieć się na baczności i stale pamiętać o przewinięciu filmu do następnej klatki. Migawka posiada też samowyzwalacz. Na marginesie dodam, że migawka Compur-RAPID została skonstruowana w 1935 r., a Voigtländer wykorzystał ją już w następnym roku. Świadczy to o dużej innowacyjności tej firmy, jednej z najstarszych na rynku fotograficznym. W egzemplarzu który posiadam, zastosowano obiektyw Helomar 10,5cm F=3,5 (oznaczenie oryginalne). Jest to prosty tryplet Cooke'a. Oprócz niego montowane były obiektywy Skopar (w układzie Tessar) i Heliar (nazwa patentowa Heliar tj. udoskonalony anastygmat, w którym przednia i tylna soczewka zastąpione są elementami dwusoczewkowymi), oba o takiej samej ogniskowej i takim samym otworze względnym co wspomniany Helomar. Jakość obiektywów jest łatwa do przewidzenia, najgorszy to Helomar, potem jest Skopar i najlepszy to Heliar. Najmniejsza możliwa przysłona to f/22. Na obiektywie znajduje się umieszczony na zawiasie filtr żółty. Jest to element, który odróżnia modele przed- i powojenne. Otóż  aparaty produkowane (wg. niektórych źródeł) w latach 1947 - 1949 nie posiadają tego filtra. Obiektywy stosowane w tym aparacie, pozbawione są powłok.

W tym momencie kiedy mamy już dokładnie omówioną budową morfologiczną aparatu, czas przejść do jego fizjologii i anatomii.

Aromat identyczny z naturalnym


Należy pamiętać aby, ze względów ogólnie pojętego bezpieczeństwa i higieny pracy, wszelkimi knopkami majdrować tylko wtedy, gdy aparat rozłożonym jest. Zwłaszcza się to tyczy pokrętła dalmierza, inne zresztą gałki, ukryte są w trzewiach aparatu. Podczas otwierania pokrywy, należy asekurować jej ruch dłonią, aby nie wystrzeliła nam, co może w najlepszym przypadku grozić zerwaniem miecha, a w najgorszym spadnięciem kamery na trotuar.
Celowanie odbywa się wspomnianym przeze mnie wcześniej celownikiem. Jest to prosty celownik Newtona bez ramek, co skutkuje przy kadrowaniu z bliska błędem paralaksy, często dość sporym. Najlepiej z praktycznego punktu widzenia jest celować okiem prawym, natomiast okiem lewym patrzeć w okienko dalmierza. Teraz słów kilka o ostrzeniu. Aparat wyposażony jest w dalmierz koincydencyjny - dzielonego pola. W wizjerze widzimy dwa lusterka, jedno nieruchome, drugie ruchome, sprzężone z pokrętłem dalmierza. Gdy dalmierz nie jest ustawiony na prawidłową odległość, obraz widziany przez nas w celowniku dalmierza jest podwójny. Po uzyskaniu odpowiedniej odległości obraz jest pojedynczy. Pokrętło dalmierza sprzężone jest z obiektywem, co więcej podczas ostrzenia przesuwa się cały obiektyw, a nie tylko jego przedni element, co sprawia że własności obiektywu są niezmienne niezależnie od nastawy odległości. Kiedy już ustawimy odległość i skadrujemy obraz, możemy nastawić ekspozycję. Czasy migawki wybiera się przy użyciu pierścienia widocznego od przodu aparatu. Należy pamiętać, aby wykonać to przed naciągnięciem migawki, mimo że firma F. Deckel zapewniała, że ten model migawki tj. Compur-RAPID może być nastawiany zarówno przed, jak i po naciągnięciu migawki. Ostrzegano tylko przed manipulowaniem najszybszym czasem tj. 1/400s po naciągnięciu migawki. Ponadto proszę pamiętać, że przejście z czasu 1/200s do 1/400s wymaga lekkiego przyłożenia siły. Jest to normalny objaw, który nie powinien nas nadto niepokoić i był opisywany w instrukcji obsługi do tego aparatu. Podobny opór stawia też dźwignia nastawy czasów w migawce COMPUR, zamontowanej w Rolleicordzie II b mod. 3, podczas przekraczania bariery 1/100s - 1/300s. Naciąg migawki pracuje do dwóch położeń. Naciągając migawkę do położenia pierwszego (dźwignia powraca do pozycji spoczynkowej dopiero w momencie wyzwolenia migawki) możemy ją wyzwolić natychmiastowo. Naciągając migawkę do pozycji drugiej, pokonując niejaki opór, naciągamy samowyzwalacz, przez co zwolnienie migawki spustem tudzież wężykiem, daje nam opóźnienie ca. 10 sekund, dzięki czemu fotoamator może zająć miejsce wśród bliskich u wrót ruczaju. Tryby T i B nie wymagają naciągania migawki, wystarczy wcisnąć spust migawki, tudzież wcisnąć wężyk wkręcony w gniazdo. Po wykonaniu niezapomnianego ujęcia, dobrze jest przewinąć film do następnej klatki.
Po skończonych zdjęciach należy złożyć aparat. W tym celu wciskamy chromowaną blaszkę widoczną obok zawiasu filtra, jednocześnie przykładając wektor siły do krawędzi klapy. Zatrzaśnięcie się blokady potwierdza staromodne "klik".

Summa summarum


Kończąc ten kulawy i przydługi wywód, pragnę napisać o swoich odczuciach, w pełni subiektywnie i na własną odpowiedzialność.
Aparat mnie zachwycił, nie ukrywam. Po pierwsze tym, że można go złożyć i spokojnie wsunąć do kieszeni palta lub spodni typu cargo. Od biedy zmieści się także w kieszonce na plecach, którą każdy kolarz w obcisłym trykocie posiada. Właśnie ta mobilność to jest to, co jest największym atrybutem folderów. Po wtóre aparat jest bardzo przyjemny w obsłudze, zwłaszcza poddany gruntownemu czyszczeniu i konserwacji, odwdzięcza się nam bezstresowym funkcjonowaniem. Tercjo: dzięki dużemu formatowi klatki, niewielkie niedoskonałości obiektywu (zwłaszcza rzecz się tyczy Helomara) nie doskwierają aż tak bardzo.
Jeśli chodzi o minusy, to ja nie dostrzegam takowych. Wiadomo, kupując i korzystając ze starego aparatu należy się pogodzić z pewnymi ograniczeniami. Aha, jednym z minusów, które mnie na początku nieco mierziły to były osobne okienka dalmierza i celownika, jednak w momencie kiedy rozdzieliłem je sprawiedliwie pomiędzy oboje oczu, ten minus przeszedł do lamusa i został jeden. Otóż jak dla mnie minusem jest to, że alternatywnym formatem jest 4,5x6cm. Co prawda i tak nie mam odpowiedniej wkładki, ale czułbym się bardziej komfortowo, gdyby kamera była przewidziana do formatu 6x6cm, może nawet chałupniczo bym wtedy wydłubał, atak...? Na koniec zostawiłem minus największy, ale związany raczej ze mną, niż z aparatem. Otóż nie posiadam powiększalnika umożliwiającego wykonywanie odbitek z formatu 6x9cm, ale mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni.

Dziękuję za uwagę, dobranoc i powodzenia!


Fig. 8 
Fig. 9 

Fig. 10
Fig. 11
Fig. 12


Na zakończenie kilka zdjęć wykonanych opisywanym aparatem:

Fig. 13
Dom Zły
Lublin, ul. DMP 66
zdjęcie wykonane a obecności Jacka


kodak tri-x 320@320
fomadon W-27 EXCEL 1:3
25*C 11'00''
0-1'+10''/1'

Fig. 14
Gdzie król chodził piechotą
Rzeszów, ul. Króla Augusta 16

efke r50 50@50
rodinal 1:100
22 => 24*C 14'30''
0-1'+2x/1'
Fig. 15
Trójkąt Bermudzki
Rzeszów, ul. Króla Augusta

efke r50 50@50
rodinal 1:100
22 => 24*C 14'30''
0-1'+2x/1'
Fig. 16
Jest taki samotny dom
Rzeszów, ul.Kopernika 5, zdjęcie wykonane w obecności Żółtego Szlafroczka z Towarzyszką

fujifilm neopan 100 ACROS 100@100
tetenal ultrafin plus 1:6
19°C 11'45'' (n+0)
0-1'+4x/1'
Fig. 17
Google Earth
Rzeszów, gdzieś

Kodak Ektar 100
Fig. 18
Zapiekanka rzeszowska
Rzeszów, Pomnik czynu Rewolucyjnego

fujifilm neopan 100 ACROS 100@100
tetenal ultrafin plus 1:6
19°C 11'45'' (n+0)
0-1'+4x/1'
Fig. 19
Hymn jedności bluesmanów vol. 1
Park jedności z macierzą, Rzeszów, ul. Ł. Cieplińskiego

rollei R3 @200ASA
rollei rhs 1:7 18*C
17'00'' 0-1'+1x/30''
Fig. 20
R.N.A.
Rzeszów, wiadukt śląski

efke r50 50@50
rodinal 1:100
22 => 24*C 14'30''
0-1'+2x/1'

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Tańcowały dwa Michały

Właściwie to nie wiem czy mogę dać taki tytuł, czy nie. Wszak cytat ten jest własnością intelektualną spadkobierców p. Juliana Tuwima, a ja nie zapłaciłem za prawa do niego. Ale cóż, mam czas do ratyfikacji ACTA, w międzyczasie tytuł zmienię jeszcze nie raz.

Ale do rzeczy, bo my tu gadu-gadu, a salceson się ciepli. Znaczy grzeje. Dziś w dwóch zdaniach opiszę Państwu dwa telekonwertery makro, jeden z mocowaniem canon FD, drugi z mocowaniem olympus OM.

Fig. 1 
Fig. 2




Zasadniczo jest to ten sam przyrząd optyczny, ale z różnymi mocowaniami. Chyba nie muszę dodawać, że telekonwerter był produkowany także z bagnetami innych producentów aparatów fotograficznych. Telekonwerter w pozycji ze zdjęcia pierwszego pracuje jak normalny telekonwerter, zwiększający ogniskową dwukrotnie. Natomiast na drugim zdjęciu, oba telekonwertery mają pierścienie przekręcone tak, aby z obiektywem 50mm dawać odwzorowanie 1:1 przy odległości minimalnej odległości ostrzenia ustawionej na obiektywie. Telekonwertery przenoszą z obiektywu do aparatu dane o przysłonie (w przypadku canona, posiada także popychacz informujący o wartości otworu wejściowego), dzięki czemu aparat z telekonwerterem pracuje w pełnym automacie. Telekonwerter przystosowany do współpracy z canonem FD, posiada także pierścień umożliwiający pracę ręczną (M) lub automatyczną (A) przysłony. Z optycznego punktu widzenia, jest to konstrukcja siedmiosoczewkowa, pięcioelementowa. Soczewki posiadają warstwy przeciwodblaskowe typu MC.

Fig. 3 OM
Fig. 4 OM
Zasadniczo jakość zdjęć z telekonwerterem jest bardzo dobra, z jednym "ale". Tym "ale" jest konieczność przymknięcia obiektywu o minimum trzy działki przysłony, inaczej dostajemy mydło tak jak na obrazku nr 4. Osobiście mnie nie przeszkadza to, ale Ci którzy będą robić atlas małych żyjątek, powinni o tym pamiętać.

Pozdrawiam staroangielskim:
Tally ho!

piątek, 30 grudnia 2011

Niósł ślepy kulawego, dobrze im się działo.

Nie wytrzymałem. Musiałem wrócić. Wszystko przez moją alergię na głupotę. Nie żebym był najmądrzejszy pod Słońcem, choć nie ukrywam rozumów kilka zjadłem. Najczęściej pędząc na rowerze, ale wtedy ma się marny wybór, człowiek łyka co popadnie, najczęściej muchy. Muchy są nieczyste i włochate, z tego połykania potem tylko się smarki bierą. No i z podmuchów wiatru. Ale o tym może innym razem.
Ale do czego zmierzam? Otóż zbulwersowało mnie, że gość, który nie miał aparatu w dłoniach raczy się dzielić opinią na temat jego funkcjonowania. Jakże to? ja zapytuję. Wiem co powiecie, "dobra, dobra" powiecie, "przecież Ty nie żarłeś tych wszystkich medykamentów, które sprzedajesz.". No jasne, pewnie że nie, ale zadałem sobie trud i zgłębiłem dogłębnie "farmakologię" prof. Kostowskiego i kilka innych książek, a jak się okazuje, wujek dobra rada, nawet instrukcji nie raczył przeczytać, ale radzi, bo mu wolno. I na Palikupę głosować też wolno. Także pamiętajcie, kiedy nie macie o czymś pojęcia, zabierajcie ochoczo głos w temacie. Waszej niewiedzy i tak nikt nie sprawdzi, a może spowodujecie narodziny nowej "urban legend".

wheels of confusion

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Minolta DYNAX 5 - recenzja


Mój pierwszy poważny aparat

Pomyśleli byście? Ta plastikowa wydmuszka, jak ją niektórzy określają, była moim pierwszym poważnym aparatem. Co rozumiem pod pojęciem poważnym? Na przykład to, że miała więcej czasów otwarcia migawki niż Zenit 12-2, do tego cuda wianki i inne. Ale o tym i o innym po kolei.

Do roboty!


Zaczynamy klasycznie, rzutem ze skosu na niebieskim, tak przez Was lubianym, tle. Od razu gwoli wyjaśnienia, widzimy tu egzemplarz z obiektywem 1,7/50, a nie z tzw. kitowym, ponieważ tego kitowego nie używałem tak dawno, że nie byłem go w stanie zlokalizować inaczej niż po wynajęciu detektywa Ostrowskiego. Skoro już mamy jasność, że nie jest to zestaw stricte pudełkowy, przejdźmy do przeglądu części i funkcji. Spoglądając zadziornie od strony prawej widzimy napis określający model modelu, dla tych mniej spostrzegawczych mogę napisać, że chodzi o DYNAX 5. Pod nazwą modelu, przypomnę DYNAX 5, widzimy niejaką bulbę, z której wystaje guzik, mający na celu zwolnienie blokady obiektywu. Pod oną bulbą znajduje się przełącznik reżimu (AF/MF) pracy obiektywu. Przełącznik znajduje się na ciele aparatu, bowiem silnik samoostrzenia znajduje się w tułowiu, a jego obroty przenoszone są na obiektyw przy pomocy tak zwanego śrubokrętu. Pomiędzy napisem DYNAX 5, a obiektywem widzimy dwa guziki. Górny - z błyskawicą, otwiera wbudowaną lampę błyskową o liczbie przewodniej 12 dla filmu o czułości 100ASA. Lampa znajduje się tuż nad napisem MINOLTA. Dolny ze znaczkiem +/- odpowiedzialny jest za korekcję ekspozycji, a w trybie manualnym za wybór wartości przysłony. Po przyciśnięciu owego guzika, należy kręcić kołem nastaw zlokalizowanym gdzie indziej. A gdzie? O tym już za chwilę.


Zmieniwszy strony zgrabnym wygibasem zaczynamy opis części od lewej lewej. Pierwszy ledwo, ledwo rzuca nam się w oczy gumowy pokrywek, który zakrywa gniazdo wężyka spustowego. Wężyk jest elektroniczny, przez co oryginał kosztował krocie. Na szczęście mój szwagrowski, który jest elektronikiem, zrobił mi wężyk z wtyczki komputerowej, kabelka i obudowy od pilota samochodowego. Pasuje i co ważniejsze działa jak oryginalny. Nad wybrzuszeniem chwytu znajduje się okienko pilota na podczerwień. Dalej nad nim znajdujemy spust migawki. Za spustem, a nieco pod nim znajduje się wspomniane koło nastaw, które służy do wielu, wielu czynności, których nie pamiętam. No z wyjątkami. Na samym spodzie znajduje się guzik podglądu głębi ostrości, a za nim już tylko obiektyw.


Dla odmiany kukniemy teraz na pleczo. Pleczo zaczyna się inaczej niż w większości aparatów, bowiem zaczyna się od prawej. Serio! Żadne banialuki, pokrywa otwiera się z prawej na lewą, o czym informuje nas guzik z napisem OPEN, oraz okienko z czerwonym wskaźnikiem. Wskaźnik jest czerwony, bowiem jest założony film. Ba! nie dość że aparat pokazuje, że jest założony film, to na dodatek sam z siebie blokuje przycisk otwierania klapki, dzięki czemu aparat nie otworzy się przypadkowo paczką szprotek w sosie pomidorowym. "No dobra" powiecie, "a co jak film się urwie i trzeba otworzyć tak czy siak". Spoko, spoko, jak by to rzekł Kwintek (a może Kramerko?), na prawej ściance, w okolicach klapki gniazdka wężyka spustowego, jest otwór technologiczny, w który można wrazić igłę cyrkla, otwierając jednocześnie odrzwia komory filmu. Obok otwieracza w/w komory filmu, znajduje się przycisk zwijania powrotnego filmu, tak w razie jakby co. 
Na samej górze oczom naszym objawiają się dwa guziki i suwak. Suwak ma za zadanie włączać i wyłączać zasilanie urządzenia. Guzik AF służy do wyboru pola samoostrzenia, których do wyboru jest siedem, jedno centralne i sześć na obwodzie. Drugi przycisk służy do: 
a) włącznie pomiaru punktowego (SPOT); 
b) podczas używania lampy błyskowej umożliwia on używanie długich czasów otwarcia migawki.
Wykonawszy tygrysi skok na lewą stronę odrzwi komory filmu, ujrzymy okienko, w którym widzimy fragment kasetki, informujący nas o tym, jaki akuratnie film gnieździ się w trzewiach.
Na koniec kilka słów o wizjerze, który pręży się dumnie, otoczony gumoliną muszli ocznej. Otóż po lewicy jego znajdują się okienka podczerwieni, która błyskając nam po oku, do świństw nad namawia i te wszystkie smarki od tego się bierą. Poza tym, w tem sposób aparat się informuje, że fotoamator aparat do paszczy przytknął i że może bez jego wiedzy włączyć światłomierz, który normalnie półspustem się włącza, takoż i autofokus podwakroć. Oprócz tejże podczerwieni, znajdują się w chwycie styki elektroniczne (widoczne na pierwszym zdjęciu). Ogólnie to jak zwykle upraszczam i uogólniam, bo w lecie najpierw styki z naszą dłonią się syknąwszy, powodują, że aparat włącza się w STAND-BY, a podczerwień załącza w/w systemy. Natomiast w zimie, gdy mamy na sobie rękawice, aparat opiera się wyłącznie na pod czerwieni. Na szczęście ową mądrość aparatu można wyłączyć, oparłszy się wyłącznie na swym palcu i spuście. Ale miałem o wizjerze. Wizjer niestety jest zły, bo mały i ciemny. związane jest to z faktem, że aparat posiada tzw. pentagonalny pryzmat lustrzany. Kiedy przesiadłem się z Zenita 12-2, a właściwie z Zenita 19, nie przeszkadzało mnie to aż nadto, ale teraz gdy liznąłem nieco aparatów, wiedzę to jako mankament. Może nie jest tak źle, ale na bank mogłoby być lepiej. W wizjerze widać obraz, a na nim naniesione punkty AF, które dodatkowo są podświetlane na czerwono w momencie wyboru. Na matówce zaznaczone jest także pole odpowiadające pomiarowi punktowemu. Pod obrazem widać takie dane jak potwierdzenie samooostrzenia, szybkość migawki, wartość przysłony oraz korekcję ekspozycji w postaci drabinki, która w trybie manualnym działa na zasadzie wskazówki z Zenita 19.


Dno aparatu to kompletne dno. Oprócz gwintu statywu i klapki komory baterii (chyba CR2) nic tu nie ma. No to zrywam stąd. Ale, ale, widać wspomniane wyżej styki.


Co innego góra. Mamy tu tyle, że aż mnie głowa rozbolała. A mówią, że od przybytku nie boli, dziwne. Ale my tu gadu - gadu, a kawa stygnie. Hmm... od czego by tu zacząć? Może od prawej, jakby prościej. Mamy więc dwa guziki, górny z panią z profilu, odpowiedzialny jest za wybór tzw. trybów tematycznych. Akurat wybrany tryb wskazywany jest na wyświetlaczu z pomocą trójkącika pod konkretną ikonką. Dolny odpowiedzialny jest za włączenie samowyzwalacza oraz za pracę w trybie seryjnym, wolnym i prędkim. Nad wyświetlaczem, a w rzeczywistości przed, znajdują się spust migawki, kółko nastaw wszelakich oraz guzik P jak PANIKA. Wciśnięcie tego guzika sprowadza fotografa do roli wyborcy kadrów, wszystko inne zrobi za niego aparat. No, prawie wszystko. Jeśli chodzi o wyświetlacz, to informuje on użytkownika, oczywiście kiedy jest włączony, o wielu rzeczach. Konkretnie to nie pamiętam teraz, ale na pewno tak jest, że informuje. Nawet nie pytany. Po środku mamy gniazdo lampy błyskowej, bardzo sprytne, bowiem nietypowe, dzięki czemu nie pasują do tego aparatu lampy błyskowe marki Czajka. Na lewo znajduje się koło konfiguracji aparatu, wraz z guzikiem FUNC. Po wybraniu konkretnego pola działania (ikonki na kole), wciskamy i trzymamy guzik w środku, jednocześnie kręcąc kółkiem obok spustu. Wszystkie nastawy pokazywane są na bieżąco w wyświetlaczu. Postaram pokrótce opisać co i jak. 
Ikonka P ASM - wybór trybu pracy P - pełny program, A - priorytet przysłony, S - priorytet migawki, M - pełny manual;
Prostokąciki - wybór pomiędzy wielokrotną ekspozycją, a tzw. bracketingiem;
Trąbka - włączenie/wyłączenie sygnału dźwiękowego;
Eye Start - włączenie/wyłączenie uruchamiania aparatu okiem;
CUST - ustawienia użytkownika, konkretnie czternaście takich ustawień, od wciągania końcówki filmu, na czymś innym kończąc;
ISO - ręczne wprowadzenie czułości filmu;
AF ACS - wybór tryby pracy samoostrzenia
OKO + WL - włączenie redukcji czerwonego oka (lampa wbudowana), praca z lampami zewnętrznymi w trybie bezprzewodowym - tylko z lampami minolty.
Przyznaję bez bicia, że potraktowałem ten akapit niepoważnie, ale proszę mnie zrozumieć, połowy tego o czym pisałem, nie widziałem na oczy, a jak widziałem, to z instrukcją w dłoni, bowiem inaczej sposób tego spamiętać.


W pełnej krasie popatrzmy na bagnet z kropką, przepiękne styki, lustro. Śrubokręt ukryty. It's beautiful, ja patrzę i płaczę.


A tu z zasobnikiem na cztery baterie typu AA lub LR6, a gdyby jeszcze kto nie wiedział o jakich mowa, to napiszę, że o paluszki chodzi.


I to samo, tylko z drugiej strony, a co!


No i jak zwykle recenzja z czapy, bez składu i ładu, bez danych fabrycznych, bez niczego, jakby to Kononowicz pisał. Pora zatem zakończyć jakąś zgrabną dykteryjką, czy czym. Albo nie, napiszę tylko że aparat ma zacne możliwości, bardzo poprawnie naświetla filmy czarno-białe i  slajdy, nawet kiedy fotograf spanikuje i naciśnie P. Jest to maszynka bardzo zgrabna, jak dla mnie aż za bardzo nawet. Ujęcie jej zgrabności dodaniem zasobnika na baterie bardzo pomaga w chwycie. Więcej wad nie widzę, zasadniczo.

I to by było na tyle.
Dziękuję i do widzenia.
Wasz Fotomutant